listopad 2006
« grudzień 2006 |
Strona Główna
| październik 2006 »
wtorek, 28 listopad, 2006
HotPot zawsze piecze dwa razy
W podłej zazwyczaj knajpie, z gatunku takich gdzie się pluje, smarcze i
rzuca pety na podłogę, stoją stoły. Każdy stół ma w środku otwór, w
którym jest palnik kuchenki na propan-butan, zasilany z butli stojącej
pod stołem. To wersja modernistyczna, rzadko spotykana wersja tradycyjna
opalana jest drewnem.
Przychodzisz tutaj z kimś kto mówi po chińsku,
bo żeby dostać coś do zjedzenia trzeba wypełnić skomplikowany formularz,
dostępny jedynie w chińskiej wersji.
Formularz zamówienia - kliknij aby zobaczyć pełną wersję
Po wypełnieniu formularza stawiają na stole miskę z rosołem ugotowanym
na chili, z dodaną dla niepoznaki kapustą, makaronem i jakimiś kośćmi.
Później przynoszą półmiski z cienkimi plasterkami różnego mięsa, rybami,
wątrobami, jajkami, jakimiś dziwnymi kluchami, kapustą, sałatą,
ziemniakami, krwawym galaretowatym puddingiem, grzybami, inną zieleniną
i co tam jeszcze przyjdzie do głowy twojemu towarzyszowi zamówić.
Przynoszą także miseczki z sosem, jeszcze bardziej pikantnym niż sam
rosół.
Czekasz chwilę, gdy rosół się zagotuje wrzucasz po
kolei dobra z półmisków do rosołu. Po chwili grzebiesz pałeczkami w
zupie i wyławiasz ugotowane kawałki jedzenia, maczasz w sosie i
zajadasz, usiłując zagasić pożar w ustach najtańszym chińskim piwem,
serwowanym w takich lokalach.
Wychodząc, z wypalonymi kubkami
smakowymi, nie masz pojęcia, że następnego dnia o poranku czeka cię
piekąca dogrywka. W toalecie. Tylko że wtedy już piwo, nawet najlepsze,
nie pomoże.
Jest też wersja HotPot lite, dla wrażliwców: łagodny sos i łagodny rosół. Ale to amatorszczyzna. Doświadczenie uczy, że można przyzwyczaić cały układ pokarmowy do takiego jedzenia. Wystarczy odrobina wytrwałości.
poniedziałek, 27 listopad, 2006
52,3%
Najbardziej zdumiewa mnie frekwencja, biorąc pod uwagę wcześniejsze wybory i to, że warszawiacy nie mieli właściwie żadnego wyboru. Bo wybór między ubezwłasnowolnionym, brylującym jedynie w obietnicach kandydatem, a liberalną kandydatką z Konwentu Św. Katarzyny, to żaden wybór. Gdybym mieszkał w stolycy zastanawiał bym się nie na kogo głosować, lecz przeciw czemu.
Z pierwszych komentarzy przebija szczera troska, co się teraz stanie z naszym ulubionym panem Kazimierzem. Pan Kazimierz przeobraził się już w prawdziwego polityka. Nic mu się nie stanie. Już wygrał. Kupił sobie przecież mieszkanie w Warszawie, które będzie drożeć w najbliższych latach jak szalone, głównie dzięki konsekwentnie realizowanemu programowi budowy 3 000 000 mieszkań, zainicjowanemu przecież przez jego własny rząd. Pewnie też będzie mógł się sprawdzić w biznesie. Tak jak wielu innych wcześniej, zarówno pobożnych jak i bezbożnych. Na wszelki wypadek w takim biznesie, w którym ewentualne straty pokryją podatnicy.
Dobrze że w Gdyni wszystko było jasne. Jak zwykle.
sobota, 25 listopad, 2006
Hinduski wjazd w okrętownictwo
Hinduski gigant przemysłowy, Larsen
& Toubro Limited, na konferencji prasowej w Mumbaju poinformował
o planach wybudowania w Indiach nowej stoczni. Wartość inwestycji
szacowana jest na około 450 milionów dolarów (20 miliardów rupii).
Decyzja o lokalizacji zakładu zostanie podjęta w styczniu 2007 roku.
Będzie to druga stocznia należąca do Larsen & Tobro, pierwsza,
znajdująca się w Hazira w stanie Gujarat, rozpoczęła pracę zaledwie 18
miesięcy temu.
Nowa stocznia ma ma głównie zajmować się budową
drogich statków, takich jak gazowce do przewozu skroplonego gazu,
podczas gdy starsza będzie się koncentrować na budowie specjalistycznych
jednostek, takich jak okręty wojenne, patrolowce, serwisowce.
Stocznia w Hazira
Hindusi są następnymi w kolejce, którzy pragną wykorzystać znakomitą koniunkturę w przemyśle okrętowym i nakręcają spiralę inwestycji. Na pewno do wyjazdu tam szykują się już jacyś Skandynawowie, bo gdziekolwiek na świecie ktoś zaczyna budować jakikolwiek statek, tam natychmiast przyplącze się jakiś Szwed, Norweg bądź Fin.
środa, 22 listopad, 2006
Pozory mylą
Zbliżając zastanawiałem się, co to może być. Meczet? Bardziej wyglądało może na Bożnicę, ale tutaj? W Zhangjiagang?
poniedziałek, 20 listopad, 2006
niedziela, 19 listopad, 2006
Nowe roboty w DSME
Daewoo Shipbuilding & Marine Engineering pochwaliło się wprowadzeniem na linie produkcyjne 4 nowych robotów spawalniczych. Według informacji podanych przez stocznię roboty zdolne są do samodzielnego rozpoznania spawanych elementów i samodzielnego rozpoczęcia spawania. Różnią się tym od maszyn poprzedniej generacji, które wymagały ręcznego wskazania spawanych elementów i miejsca startu pracy. Rozwój nowych robotów trwał 6 lat.
Gdy czytam takie informacje, zawsze przypomina mi się historia
wprowadzania w Stoczni Gdynia prostych, grawitacyjnych, automatów
spawalniczych. Mogły one, w pewnych specyficznych warunkach, znacznie
zwiększyć wydajność pracy spawaczy. Mogły, ale tego nie uczyniły, gdyż
sie bez przerwy psuły. Lub też, jak głosiła uporczywie powtarzana przez
wiele osób plotka, były niszczone przez spawaczy, którzy się obawiali,
że po rozpowszechnieniu tych urządzeń stracą pracę.
To
historia z IIIRP i ona jest, jak sądzę, temu winna. Ale wtedy nikt o tym
jeszcze nie wiedział.
DSME Okpo, Wyspa Goeje
piątek, 17 listopad, 2006
Mężczyzna, który pociągnął nosem
Na parkiecie kung-fu master w średnim wieku zaczepia czerwoną
linkę, zakończoną srebrnym haczykiem, do dużej deskorolki. Na deskorolce
cztery osoby. Wśród rosnącego aplauzu publiczności, wyrażanego
łomotaniem plastikowych kołatek rozdawanych przez kelnerów, pochyla się
do przodu i zaczepia haczyk o swój nos. Przeciąga nosem deskorolkę o
jakieś 2 metry. Pełny sukces, dopełniony entuzjazmem publiczności,
publiczność łomocze kołatkami ze wszystkich sił. Hałas jest okrutny. Tu
się nie klaszcze, tu się kołacze, klaskania nie byłoby słychać.
To
już przedostatni występ artystyczny dzisiejszego wieczora. Wcześniej
wystąpiło dwóch artystów śpiewających tutejsze pop hity, zespół taneczny
i jacyś komedianci. Jeszcze tylko losowanie nagrody wśród publiczności i
krótki występ, stylizowany na chińską operę. Parkiet w małym klubie w WaiGaoQuiao
jest nasz.
Z głośników rytmiczne umpa-umpa, zapalają się lasery i
stroboskopy, parkiet spowija dym. Dopijam piwo i idę na parkiet. Przy
ścianach, na metrowych postumentach, tańczą dziewczyny w strojach
typowych dla epoki schyłkowego komunizmu - spódniczki mini, wysadzane
brokatem biustonosze i kozaki na wysokich obcasach. Parkiet faluje, cała
podłoga podnosi się i opada. Standard w Chinach, ruchomy parkiet,
poruszający się w rytm muzyki. Nie trzeba w ogóle tańczyć, parkiet sam
się tobą troskliwie zajmie. Wystarczy wlać parę piw i stać na ugiętych
kolanach. Faza gwarantowana. DJ za konsoletą, pod wielkim smokiem
strzelającym czerwonymi oczami, miksuje chińskie techno hity. To miejsce
byłoby w Europie hitem.
Dosyć, wracam. Po drodze mijam ustawiony
w rogu sali mały ołtarzyk, przy którym, kołysząc rytmicznie głową, modli
się jeden z kelnerów. Korzysta z chwili przerwy, prawie wszyscy opuścili
swoje stoliki.
poniedziałek, 13 listopad, 2006
Wielki nieznajomy Sternik
Nieznajomość najnowszej historii Chin wśród Chińczyków bywa
zdumiewająca. Nawet wśród tych wykształconych. Nie mam ambicji
uświadamiania tutaj kogokolwiek, jednak czasami przy kieliszku 56%
BaiJiu,
rozpoczynają się dziwne dyskusje, krążące wokół tysięcy lat chińskiej
historii oraz dawnej i przyszłej świetności tego narodu, rzadziej
teraźniejszej mizerii. W przypadkowej knajpie nie ma się czego obawiać,
zwłaszcza rozmawiając po angielsku. Pomimo tego większość ludzi wygłasza
peany na cześć Wielkiego
Sternika, klepiąc oficjalne formułki, że w 70% dobry, a w 30% zły.
Europejska interpretacja tej historii przyjmowana jest z lekkim
niedowierzaniem. Rzadko spotyka się ludzi obytych w świecie, którzy mają
pojęcie, co tak naprawdę się tutaj wydarzyło. Ale nawet oni nie
rozmawiają zbyt chętnie na ten temat.
Panuje swoisty
paxchina: Wybierzmy przyszłość! Wszyscy potulnie
zajęci robieniem pieniędzy, zgodnie z wytycznymi z Pekinu, nie oglądają
się wstecz. Niezależnie od tego jak straszne to może robić wrażenie, z
perspektywy 100 piętra JinMao Tower w Szanghaju wygląda na to, że ta
taktyka nie da wielu szans na odniesienie sukcesu pewnemu małemu krajowi
ze środkowej europy. Krajowi, którego przywódcy nie mając żadnego
pomysłu na przyszłość, zagrzebali się po tyłek w przeszłości. Bełkocząc
coś przy tym po polsku, bo po angielsku nie potrafią sklecić nawet
pozdrowienia. Nie mówiąc już o napisaniu emaila. Zanim się z tego
wygrzebiemy, będziemy już importować stąd wszystko, eksportując nic, bo
węgiel mają swój, a jogurtów nie lubią.
niedziela, 12 listopad, 2006
Ścięgna jagnięce
Długo gotowane, potem lekko podsmażone z cebulą.
Przebój
wieczoru, najdroższe danie w karcie. Konsystencja trudna do opisania, z
wierzchu trochę galaretowata, w środku twardsza. Smak mało wyrazisty.
Prawdziwe wyzwanie, to chwycić to pałeczkami i nie zgubić w drodze do
ust.
sobota, 11 listopad, 2006
Słowo na Święto Narodowe
Okazuje się, że nie odeszliśmy zbyt daleko od inwektyw o przypadkowym
społeczeństwie, wygłaszanych niegdyś przez mieniących się
prawicowymi polityków. Są wciąż osoby, które pomimo tego, że od wielu
lat nie dołożyły ani złotówki do dochodu narodowego i żyją nieźle z tego
co wypracują inni, mają czelność wyrażać się lekceważąco o tych co ich
utrzymywali i utrzymują.
Ostatni błysnął prezydent.
I bez znaczenia, czy powiedział to co myślimy że powiedział, czy
powiedział coś innego, ale obecni usłyszeli to co chcieli usłyszeć, czy
też wreszcie powiedział co powiedział, ale wyrwano to z ogólnego
kontekstu myślowego, o którym nikt nie wiedział. Sam fakt, że zapewne
wymamrotał coś niewyraźnie, tak że nawet tłumacze mogli mieć problemy ze
zrozumieniem, nie świadczy o wielkim szacunku dla podatników, którzy za
to wystąpienie zapłacili.
Kto więc sądzi, że krocząc na prawo, służy Narodowi przez wielkie N,
ten wybiera drogę prowadzącą do jego paraliżu.
Czesław
Miłosz, w liście do Marka Skwarnickiego.
piątek, 10 listopad, 2006
Partner z Pekinu
Chiński rząd, zachęcając inwestorów zagranicznych do inwestycji w
przemyśle stoczniowym, wprowadził jednocześnie zwyczajowe ograniczenia.
Inwestorzy zagraniczni nie będą mogli objąć więcej niż 49% udziałów w
stoczniach, a także w firmach wytwarzających wolno- i średnioobrotowe
silniki okrętowe. Pomimo tych ograniczeń będą mogli reorganizować,
łączyć i zakładać nowe stocznie. Przede wszystkim jednak powinni
przetransferować swoje know-how do firm pozostających pod kontrolą
chińskiego rządu.
Całkiem podobne ograniczenia obowiązują w
wielu innych gałęziach przemysłu, przede wszystkim w motoryzacji. Firmy,
chcące inwestować i prowadzić interesy w Chinach, muszą zawiązywać
spółki z lokalnymi, najczęściej państwowymi, przedsiębiorstwami. Ma to
na celu przede wszystkim wyciągnięcie od zagranicznych inwestorów
technologii, które później mają posłużyć wzmocnieniu chińskiego
partnera. Te zabiegi, przynajmniej jak na razie, nie przynoszą chyba
oczekiwanych korzyści, chińscy producenci samochodów, głównie z powodu
problemów z jakością, nie podejmą w najbliższych latach ekspansji na
rynki światowe. Chińskie autobusy i ciężarówki, mimo iż wyglądają
czasami bardzo nowocześnie, wciąż wyposażone są w manualne skrzynie
biegów, w których bardzo często szwankuje synchronizacja.
Właściwie
znana jest mi tylko jedna tego typu chińsko-zagraniczna stocznia. NACKS
w Nantongu, stworzona przez COSCO
i Kawasaki
Heavy Industries. Bardzo przyzwoicie zorganizowana i zarządzana
stocznia, z japońskim zarządem i chińską załogą, często uważana za jedną
z najlepszych stoczni w Chinach. Dzielą ją lata świetlne od niektórych
czysto państwowych stoczni.
Czy ktoś jeszcze spróbuje? Jak na
razie suma wszystkich zagranicznych inwestycji w chiński przemysł
okrętowy to kwota 220 milionów dolarów. Naprawdę niewiele. Perspektywa
inwestycji w firmę, w której nigdy nie będzie można objąć
większościowego udziału, jest być może niezbyt zachęcająca.
Mój
pracodawca nie zainwestował tutaj ani jednego dolara. Zleca tu tylko
produkcję.
wtorek, 07 listopad, 2006
Guanxi Mistera Zhao
Mister Zhao ma znakomite guanxi.
Mister Zhao dzierżawi, za niewielką opłatą, duży zakład, którego budowę
sfinansował lokalny samorząd. Mister Zhao zorganizował w tym zakładzie
swoją firmę. Po niespełna roku Mister Zhao jeździ już Mercedesem S420.
Mister Zhao pielęgnuje swoje guanxi w lokalnym samorządzie, od którego
tak dużo zależy, na wiele sposobów.
Mister Zhao chce
mieć także dobre guanxi z nami, dlatego ilekroć ktoś do niego przyjedzie
zaprasza go na obiad. Mister Zhao wie, że lubię czerwone wino, dlatego
do obiadu zamawia butelkę najlepszego czerwonego wina. Mister Zhao
wznosi toast kieliszkiem czerwonego wina. Ganbei! Do dna! Ganbei!
Ganbei! Ganbei! Mister Zhao zamawia następną butelkę czerwonego
wina. Obiad jest naprawdę znakomity. Przy obiedzie Mister Zhao opowiada
o tym, że kupił sobie żywego krokodyla. Opowiadam, że w Europie ludzie
też trzymają w domach różne dziwne zwierzęta. Mister Zhao nie rozumie,
przecież jasne jest, że krokodyla kupił do zjedzenia. Będzie miał z
niego obiad w przyszłym tygodniu. Ganbei! Ganbei!
Nieporozumienie odchodzi w niebyt. Mister Zhao chwali sobie bardzo
obecną sytuację w Chinach. Ganbei! Mister Zhao wyraża
głośne wątpliwości, co do świeżości gotowanych warzyw, wniesionych
właśnie przez XiaoJie. Mister Zhao każe zabrać
półmisek, w trosce o moje zdrowie. Jestem głęboko wzruszony. Ganbei!
Moje wzruszenie się wzmacnia. Jest już późno, czas kończyć. Ganbei!
Żegnamy się serdecznie, napracowaliśmy się mocno dzisiaj wieczorem, żeby
poprawić nasze guanxi. Mister Zhao siada za kierownicą swojego
Mercedesa, ja wracam na piechotę.
Lubię Mistera Zhao. Mister Zhao wykorzystał swoje guanxi do maksimum. W tych specyficznych warunkach Mister Zhao porusza się jak ryba w wodzie, jest całkiem niezłym biznesmenem. Rozwiązuje nasze problemy, nie spóźnia się z dostawami, trzyma przyzwoitą jakość. Chodzi ubrany w mundurek z nazwą swojej firmy i jada lunch w kantynie, razem z pracownikami, którym płaci pewnie tak jak wszyscy tutaj - 150$ na miesiąc. Na obiad czasem zje świeżego krokodyla, ale każdy ma jakąś słabość.
poniedziałek, 06 listopad, 2006
Statek przepłynął bezpiecznie
Dzisiejsze doniesienia z gazeta.pl.
Europa
była o krok od elektroenergetycznej zapaści - przeciążenie linii
przesyłowych w Niemczech doprowadziło do zablokowania sieci także w
innych krajach. Miliony Europejczyków część nocy musiało spędzić bez
ogrzewania i światła / ..../
Prąd Europie prawdopodobnie
"wyłączył" niemiecki koncern E.ON, który potwierdził to w niedzielnym
komunikacie. E.ON stwierdził, że do przeciążenia linii przesyłowych w
północno-zachodnich Niemczech doszło pół godziny po wyłączeniu przez
koncern linii najwyższego napięcia w Dolnej Saksonii nad rzeką Ems.
Dzięki temu pod wyłączoną linią mógł bezpiecznie przepłynąć statek.
Siedzibą gazeta.pl jest Warszawa, a jak powszechnie wiadomo, warszawiak gdy orze, nie wie co to morze, dlatego też zabrakło informacji o tym, co to był za statek. A był to nowo zbudowany w Meyer Werft w Papenburgu wycieczkowiec Norwegian Pearl, należący do Norwegian Cruise Lines. Statek, którego stępkę położono 4. października 2005 roku, był holowany z mieszczącej się kilkadziesiąt kilometrów w głąb lądu stoczni na Morze Północne.
Stocznia Meyer Werft Papenburg w Google Maps (kliknij
na obrazek)
Bardziej szczegółowo wypadek opisał Times
Online.
O samym Norwegian Pearl brakuje jeszcze
informacji, natomiast na stronie armatora można zapoznać się z
siostrzaną jednostką - Norwegian
Jewel.
Sprostowanie od Konrada Suchowerskiego:
Norwegian Pearl do godziny
20tej 6 listopada nie wyszedł ze stoczni, wobec czego artykuł w
internetowym wydaniu The Times, na którym się oparłem, lekko
rozmijał się z prawdą. A to taka wiarygodna gazeta i z tradycjami. No
cóż, nie przyłączę się tutaj do chóru płaczek z kręgów rządowych,
narzekających na łże dziennikarzy.
sobota, 04 listopad, 2006
Diabeł z pudełka, królik z kapelusza
Kolejne chińskie firmy wyskakują jak diabeł z pudełka. Scenariusz
opanowany dokładnie. Informacja, zaproszenie, dojazd, rozmowa, lunch,
obchód, rozmowa, zaproszenie na obiad, przeciągający się najczęściej do
późnej nocy, pożegnanie, nocleg, rano następna firma lub powrót.
Czy
ktoś się w tym orientuje? Czy ktoś zbiera informacje, o tych wszystkich
firmach, powstających w różnych zapadłych dziurach, do których czasami
ciężko dojechać, a które imponują rozmachem? Olbrzymie hale, maszyny,
suwnice, dźwigi, spawarki, setki pracowników, biura, noclegownie dla
pracowników ściągniętych z drugiego końca kraju - wszystko budowane w
ciągu ostatnich kilku miesięcy, w ciągłej rozbudowie, przenosinach do
większych warsztatów, instalacji większych dźwigów, budowaniu nowych
hal, zatrudnianiu nowych pracowników, pozyskiwaniu nowych klientów,
przerabianiu setek ton stali. Czy jest na całym świecie dosyć zleceń,
żeby zapełnić chińskie warsztaty?
Na miejscu
zawsze czeka facet w czarnej, bądź ciemnobrązowej koszulce polo z
elastycznej dzianinki, typu 'Przecena w TESCO', czarnych
spodniach z paskiem z błyszczącą klamrą i przytroczoną kaburką do
telefonu komórkowego, mokasynkach oraz z pękiem kluczy przypiętych
karabińczykiem do szlufki od spodni. Z wizytówki będzie wynikało, że
jest President lub General Manager lub President
General Manager. Nie mówi słowa po angielsku, pali najlepsze
papierosy po 40RMB za paczkę, przy stole wszystkich nimi poczęstuje,
wyciągając po jednym z pudełka i rzucając w kierunku gości.
Po
spotkaniu zaprosi wszystkich na obiad, na który pojedzie swoim nowym
Mercedesem, lub Audi A6L. Po obiedzie, lekko lub mocno wstawiony, wróci
nim do domu.
czwartek, 02 listopad, 2006
Boleśnie banalne tłumaczenie, zupełnie nie oddające istoty godzinnego
procesu, angażującego co najmniej dwie XiaoJie i
fryzjera. Procesu obejmującego nieuniknione umycie głowy, absolutnie
konieczny masaż głowy, karku oraz ramion, właściwe strzyżenie i
modelowanie, obligatoryjne ponowne spłukanie włosów, w celu usunięcia
obciętych końcówek oraz niezbędne suszenie włosów. Wszystko oczywiście
dotyczy męskiej głowy.
Koszt całości na przedmieściach Szanghaju - poniżej 20RMB.