kwiecień 2006
« maj 2006 |
Strona Główna
| marzec 2006 »
niedziela, 30 kwiecień, 2006
Marszałek Wiśniowska
Nowym wicemarszałkiem Sejmu zostanie Genowefa Wiśniowska z Samoobrony.
Pani poseł ma wyższe wykształcenie, co można sprawdzić tutaj.
Legitymuje się dyplomem Europejskiej Akademii Psychologii Integracyjnej
prowadzonej przez firmę Jupiter.
Jak donosi Rzeczpospolita z
27.04.2006:
"Co się kryje pod szyldem Europejskiej Akademii
Psychologii Integracyjnej? "Naucza się tu tarota, numerologii, feng
shui, zagadnień odmiennych stanów świadomości, masażu polinezyjskiego,
chromoterapii oraz świecowania i konchowania metodą Indian Hopi" - pisał
tygodnik "Polityka" w ubiegłorocznym tekście o tej pseudouczelni. ...
Ministerstwo Edukacji i Nauki próbuje walczyć z Jupiterem. Dawało nawet
ogłoszenia do gazet, przestrzegając, że to nie uczelnia, i nie ma prawa
prowadzić studiów. - Przez kilka lat Jupiter wykorzystywał dawne umowy o
uznawaniu wykształcenia podpisane przez PRL ze Związkiem Radzieckim -
opowiada dyrektor Ewa Majdowska z Biura Uznawalności Wykształcenia i
Wymiany Międzynarodowej. - Jednak przestało ono obowiązywać z końcem
września ubiegłego roku. Od tego momentu ukraińskie dyplomy nie są
uznawane w Polsce. Gotowa jest nowa umowa między Polską a Ukrainą, ale
nie weszła jeszcze w życie. Ale nawet, kiedy zacznie obowiązywać, to i
tak nie wprowadza pełnego automatycznego uznawania dyplomów. "
Cały artykuł dostępny tutaj.
Od czego się zaczeło? Od Aleksandra Kwaśniewskiego i wyższego
wykształcenia? Jakie bardzo małostkowym i naiwnym trzeba być, żeby sobie
poprawiać w ten sposób samopoczucie? Wyższe wykształcenie nie jest
przecież warunkiem sine qua non (link
wyjaśniający dla polityków Samoobrony) bycia
politykiem. Wystarczy wspomnieć Joschkę Fischera, który nie ukończył
nawet gimnazjum. Ale miał odwagę się do tego przyznać.
Jak
na razie tylko jedna różnica daje się zauważyć pomiędzy III a IV
Rzeczpospolitą 'w budowie'. W IV Rzeczpospolitej granice żenady zostały
przesunięte jeszcze dalej, daleko poza zasięg wzroku przyzwoitego
człowieka.
piątek, 28 kwiecień, 2006
Dam pracę
Możesz przyjechać z głębi Chin i pracować u nas w Szanghaju. Masz
wielkie szanse bo damy Ci niezłą pracę. Nie martw się że nie stać cię na
wynajęcie mieszkania, lub choćby pokoju. Damy Ci łóżko i 3 posiłki
dziennie. Wszystkie zarobione pieniądze będziesz mógł wysłać do domu,
gdzie pewnie mało kto może się pochwalić takimi zarobkami. Jesteś
szczęścarzem, bo nasza firma jest ubezpieczona i gdyby się zdarzył
wypadek przy pracy nie będziesz musiał płacić za lekarza z własnej
kieszeni.
To twój pokój i twoi koledzy. Zarabiać będziecie podobnie -
po 100-150$ miesięcznie, także naprawdę nieźle.
Jak donosi China Daily Nr 8115 z 20.04.2006 los ludzi migrujących za
pracą jest ciężki.
Większosć z nich zarabia w
granicach 60-80USD/miesiąc, pomimo tego tylko 43% ma pensję wypłacaną w
terminie, 43% nie podpisało żadnej umowy o pracę a 74% nie zostało w
żaden sposób przeszkolonych przed podjęciem pracy.
W
tym kontekście Szanghaj jawi się jako oaza dobrobytu i praworządności.
czwartek, 27 kwiecień, 2006
Niedobry pies
Kucharz się nie popisał, chociaż widziałem że innym smakowało. Tylko ja
nie zjadłem do końca.
Myślę że do psa pasuje czerwone wino.
Nigdzie
nie można znaleźć tej informacji.
wtorek, 25 kwiecień, 2006
Yangao Lu, wczesne popołudnie
Gwałtowniejsze niż kilkadziesiąt poprzednich hamowanie wyrwało mnie z
letargu na tylnym siedzeniu taksówki. Korek? O tej porze? Pewnie znowu
jakiś wypadek - przejechany pieszy, albo rowerzysta.
Przypomniała
mi się absurdalna liczba ofiar wypadków drogowych w Chinach, znaleziona
w jakiejś starej Wyborczej. Ile to było? Dwieście tysięcy ofiar
śmiertelnych rocznie? A przecież oni dopiero zaczęli kupować samochody.
Paru kierowców, co mi zapewnili odrobinę emocji wciąż pamiętam.
Dobry
był ten taksówkarz co wiózł nas wieczorem do mieszkania i zasnął za
kierownicą. W ostatniej chwili złapałem za kierownicę, inaczej
wjechalibyśmy przez zamkniętą bramę na plac budowy. Blisko było jak
cholera. A ten jak się obudził, to zaczął mnie bić dłonią po rękach,
żebym nie dotykał jego kierownicy. Jak już walnęliśmy po wódce, to
strasznie się z tego śmialiśmy. To był właściwie przypadek że siedziałem
na przednim siedzeniu, zazwyczaj siedzę z tyłu.
Niezły był
też ten w starym Volkswagenie z popsutą skrzynią biegów. Zamiast piątego
biegu wchodził trzeci. Zawsze. Jedynka-dwójka-trójka-czwórka- ruch
dźwignią prawidłowy do włączenia piątki, ale wchodzi trójka i tak
zostaje. Co skrzyżowanie to samo. No i tak pędziliśmy kawał drogi przez
miasto z silnikiem wyjącym na trzecim biegu. Nigdy się nie zorientował.
Zwijaliśmy się ze śmiechu na tylnym siedzeniu. Niepojęte dla mnie
zupełnie. Taaaaa, pamiętam jeszcze rozbitego Buicka na autostradzie
Szanghaj - Nantong i ciało pasażera leżące przez autem w kałuży krwi.
Miał tak dziwnie zmiażdżoną głowę, jakby wklęsłą zupełnie twarz. Nawet
na Chińczykach zrobiło to wrażenie, mój kierowca zwolnił mocno. Zresztą
nie tylko on, wszyscy inni też. I tak jechaliśmy kilka kilometrów w
jakimś milczącym porozumieniu, które nagle prysło, gdy jakiś młodzik w
BMW wyprzedził wszystkich jak szaleniec. Przyszło otrzeźwienie, kierowcy
mocniej przycisnęli pedał gazu i wróciliśmy do wyścigu.
A co tu się stało w końcu? Eeeeee, to tylko betoniarka zgubiła koło. Stoi teraz kulawa na jednym pasie, na drugim leży koło, które obluzowało się na pewno już dawno temu. Skoro jednak auto ciągle jechało to znaczy że nie była potrzebna interwencja. Taka zasada - jeśli coś działa, to lepiej nie ruszać. Mam tylko nadzieję że z samolotami jest inaczej.
niedziela, 23 kwiecień, 2006
Elektryk wysokich napięć
Elektryk wysokich napięć w Azji ma jeszcze bardziej przechlapane niż w Polsce.
czwartek, 20 kwiecień, 2006
Dziwny powrót
Wracam dzisiaj do Szanghaju. Zawsze mnie śmieszy uczucie które mam
wracając do Szanghaju z wyjazdów w różne miejsca Chin, bądź jak teraz do
Korei. Czuję się trochę jakbym wracał do domu.
Na
razie siedzę na zaskakująco niewielkim Gimhae International Airport w
Busan, będąc już po odprawie, na którą dałem sobie zdecydowanie za dużo
czasu. Ale po doświadczeniach na Pudong Airport wolałem być ostrożny.
Niepotrzebnie. W komputerach China Eastern Airlines wszystko było w
porządku, mimo że przekładałem powrót 2 razy. Zadziwiające że
zadziałało, biorąc pod uwagę chińskie zamiłowanie do chaosu.
Cóż
więc pozostaje? Muszę czekać jeszcze godzinę, nie mając już nic do
czytania. Pobyt w Korei się przedłużył i przeczytałem już wszystko co
miałem ze sobą. A na całym lotnisku nie ma ani jednego miejsca gdzie
można by kupić jakąkolwiek angielską gazetę lun książkę. Koreańskie
'splendit isolation'. Wypożyczony telefon oddany (temat na oddzielną
notkę), internet tylko płatny. Cóż, pozostaje niezawodny iPod. W
słuchawkach Kazik, a naokoło tłum hałaśliwych Koreańczyków i Chińczyków.
Straszne kontrasty.
Na pokładzie samolotu odbędzie się skromne pożegnanie z koreańską
kuchnią, którą będzie reprezentować kimczi (marynowana na ostro kapusta)
i ostra pasta pieprzowa. Może by mnie to wzruszyło, gdyby nie fakt iż
wszystkie moje kubki smakowe sumiennie wypalił kolega z pracy,
Syczuańczyk, rozmiłowany w ostrej kuchni swojej rodzinnej prowincji, z
którym jadałem wiele razy.
Nie mam dużo bagażu, to może w
końcu przejadę się w Szanghaju Maglev-em.
Z końcowej stacji wezmę do mieszkania jedną z 40 tysięcy szanghajskich
taksówek. Wybór może i wielki, ale cóż z tego, skoro za kierownicami
wszystkich siedzą kompletni wariaci.
środa, 19 kwiecień, 2006
A gdybym się urodził w Ulsan?
To być może pracowałbym w stoczni Hyundai Heavy Industries, do pracy dojeżdżałbym samochodem Hyundai, w pracy traciłbym wzrok przed monitorem Hyundai, ubezpieczałbym się w Hyundai Securities, na zakupy chodziłbym do Hyundai Department Store, a zęby leczyłbym w Hyundai Dental. Ale nie urodziłem się w Ulsan, więc tylko pracowałem kilka dni w stoczni Hyundai i mieszkałem w Hotel Hyundai.
Korea wydaje się być w większości zupełnie samowystarczalna. Na ulicach
same koreańskie samochody, w sklepach same koreańskie towary, w domach
same koreańskie telewizory a w rękach same koreańskie telefony. Kupno
zagranicznego auta wygląda na akt nieposłuszeństwa obywatelskiego,
chociaż bardzo rzadko można zobaczyć na ulicach BMW bądź Mercedesa.
Będąc tutaj można praktycznie zapomnieć o europejskim jedzeniu, np
dobrym serze, bo koreańczycy sami nie robią a imprtu nie ma.
Wydaje
się że statystyczny Koreańczyk pracuje naprawdę dużo. Ale efekty są
wszędzie, wystarczy popatrzeć na tutejsze drogi, o jakich my już chyba
nawet nie powinniśmy marzyć, bo szkoda czasu. Wystarczy też pójść do
jakiegokolwiek sklepu z elektroniką użytkową bądź komputerami
gdziekolwiek na świecie by zobaczyć ile jest koreańskich towarów, prawie
40% statków budowanych na świecie powstaje w Korei. Są też złe strony,
np system ubezpieczeń społecznych nie jest specjalnie hojny i wiele
ubezpieczeń trzeba opłacać samemu. Ale może po prostu Koreańczycy są
realistami i wiedzą na co ich stać?
Może tak już musi być -
oni mają silną gospodarkę i niskie bezrobocie, a my wicepremiera Leppera
i wiele obietnic. A odstajemy od nich w wielu dziedzinach o całe lata
świetlne, wystarczy spojrzeć na te deski sedesowe z wystawy sklepu w
Ulsan.
piątek, 14 kwiecień, 2006
Wzmianka
Dziesiejszy Korea Herald przynosi wzmiankę na temat Polski. Miłe, bo to ostatnia rzecz której się spodziewałem po tutejszej prasie.
W artykule o europejskich problemach z imigrantami napisano:
" ... W
międzyczasie w części Europy Wschodniej skrajna prawica święci swoje
małe odrodzenie. W Polsce grupy prawicowych ekstremistów zdobyły wpływy
po ostatnich wyborach. ...".
środa, 12 kwiecień, 2006
Life has no meaning except in terms of responsibility
Kilka telefonów, trochę nerwów na lotnisku w Pudongu, gdzie 1h 40min nieomal nie wystarczyła na odprawienie się, przejazd taksówką z Busan - tyle trzeba było aby się dostać do największej stoczni na świecie - Hyundai Ulsan.
Kluczem do ich sukcesu jest zapewne efektywność. Czasu nie marnuje się nawet podczas załatwiania potrzeb fizjologicznych - nad każdym pisuarem jest tabliczka z motywującym hasłem i przypominająca że są 'Global Leader'.
piątek, 07 kwiecień, 2006
Barmanka z Zhangjiagang
Koniecznie chciała nam dotrzymać tempa w piciu piwa, może dlatego że byliśmy jedynymi klientami w jej pubie. Tego piwa nie wypiliśmy znowu aż tak dużo, przynajmniej wg polskich kryteriów. Gdy wychodziliśmy śmiała się już bez przerwy, w charakterystyczny chiński sposób - z oczami zmrużonymi w półksiężyce.
czwartek, 06 kwiecień, 2006
Po drugiej stronie Jangcy
Drogę do Nantongu zagradza Jangcy. Rzeka rozlewa się na kilkanaście kilometrów, przeprawiam się już któryś raz, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się żeby drugi brzeg był widoczny. Przeprawa promem trwa koło 20 minut, nie ma zakazu plucia na promie.
W oddali widać niewyraźnie most przerzucany przez rzekę - z tego co mi mówiono będzie miał prawie 30km długości.
poniedziałek, 03 kwiecień, 2006
Nie pluć w metrze
Właściwie mogę powiedzieć tylko tyle że w metrze ten zakaz jako tako działa. Chociaż w Szanghaju plucie nie jest jakaś straszliwa plaga, wystarczy oddalić się na kilkaset kilometrów od miasta by się przekonać, że to nieomal jakiś narodowy sport.
sobota, 01 kwiecień, 2006
Poszły 3 rampy
Mniej więcej zgodnie z harmongoramem, udało się dostarczyć zestaw ramp dla stoczni Mawei. To wciąż niezbyt częsta sytuacja tutaj, chociaż ostatnio dużo się w tej mierze poprawia.
Zestaw składał się z 3 ramp: rufowej i 2 wewnętrznych.